Wczoraj, w środku klimatycznych szczytów UE w Brukseli i ONZ w Kopenhadze i w ramach wykonywanych tam szpagatów politycznych rządu, pojawił się (dobrze medialnie i politycznie i jak rozumiem świadomie wybrany moment) raport firmy McKinsey „Ocena potencjału redukcji emisji gazów cieplarnianych w Polsce do roku 2030”. Inny bardziej medialny tytuł to „Czy mniej to lepiej – dylematy klimatyczne”. Widać że chodzi o dotarcie z przesłaniem politycznym do tzw. opinii publicznej w Polsce i pewnie dlatego w prezentacji i upowszechnieniu wyników raportu wziął udział osobiście Pan Premier Pawlak. Oficjalna wersja tytułu raportu pewnie bardziej pasuje do używania go jako argumentu w rozmowach rządu na forum UE i ew. ONZ i to zapewne robił Premier Tusk na salonach Europy. Argument ten mieści się w obecnej linii polityki rządu, sprowadzającej się do obrony tezy, że Polska jest teoretycznie za redukcją emisji gazów cieplarnianych - jeżeli UE zapłaci za Polskę, bo ta jest na dorobku i nie stać jej na takie „fanaberie” jak ochrona klimatu. Polska za to chętnie skorzysta z funduszy strukturalnych i spójności, bo są one nam zwyczajnie potrzebne.
Oficjalne podsumowanie (niedkończonego jeszcze)"Raportu McKinsey" dobrze potwierdza tę tezę; aby wdrożyć politykę klimatyczną UE do 2030 roku, Polska musi wydać 92 mld Euro, czyli ok. 1% PKB. News bardzo medialny, który podchwyciła większość mediów krajowych i często przedstawiła jako przejaw nie tyle gorączki klimatycznej, ale fizjologicznej tzw. "ekoterrorystow". Wiem, że wg tego schematu działają media, bo już gdy prawie 2 lata temu, w bardzo uproszczony sposób wyliczyłem że koszt osiągnięcia przez Polskę 15% energii z OZE w 2020 r. to 60 mld zł (1/6 tego co obecnie wyliczyło McKinsey do 2030 dla całej, zgodnej z UE polityki klimatycznej) to media od razu uznały to w całości za „koszt” a nie zwykłą i bezpieczną inwestycję i okazję dla Polski i przedsiębiorców do zarobienia pieniędzy i prawdopodobnie obniżenia kosztów zaopatrzenia w energię z wysokoemisyjnych źródeł. Gwoli ścisłości dodam, że McKinsey i tak oceniło te koszty niżej, niż w innym raporcie sprzed roku, tzw. "Raportu 2030" który wykorzystany był z kolei także jako oręż do "walczenia" z klimatycznymi propozycjami UE w grudniu ub.r. na poprzednim szczycie klimatycznym UE w Brukseli i ONZ w Poznaniu. Autorzy "Raportu 2030" (omawiany był na odnawialnym, nie powiem ze chwaliłem:) ocenili koszty wdrażania polityk klimatycznej do 2030 r. na ponad 124 mld Euro, czyli McKinsey i tak było dla polityki klimatycznej bardzo łaskawe …).
Przejrzawszy tylko podsumowanie raportu McKinsey (tak się spieszono z prezentacją ewidentnie „politycznych” wniosków, że na pełny raport trzeba jeszcze kilka tygodni poczekać), zwróciłem uwagę na kilka wątpliwych, a nawet paru moim zdaniem błędnych wyników, lub ich najprawdopodobniej (nie znalazłem w opracowaniu innego uzasadnienia) nazbyt "politycznie" motywowanych interpretacji. Do takich zaliczyć można np. zaniżanie możliwości redukcji emisji do 2020 r. (dalej jest lepiej), naciągane poparcie dla energetyki jądrowej oraz rolnictwa jako źródła redukcji emisji CO2 (to ciekawe, ale bardzo wątpliwe przy obecnej polityce na rzecz biopaliw), a także już tradycyjnie w Polsce dyskryminowanie energetyki wiatrowej i słonecznej. Swój komentarz na ten temat, trochę w odniesieniu do ww. spostrzeżeń przedstawił Greenpeace Polska i wyrazil obawy o ew. sposoby (nazbyt mechnicznego) wykorzystania raportu (w sumie potrzebnego do zainicjwania debaty) zanim w pelni poznamy jego tresc i przedyskutujemy.
Dalej nie będę jednak tych wstępnych zastrzeżeń merytorycznych rozwijał, poczekam na pełny raport. Skupię się raczej na jego politycznym i społecznym kontekście, także w zestawieniu w przywołanym wcześniej „Raportem 2030” i w kontekście szczytu w Kopenhadze.
Oba raporty mają ze sobą wiele wspólnego, np.:
• Pojawiają się w kluczowych momentach negocjacji klimatycznych
• Są konserwatywne w założeniach (niechęć do jakichkolwiek zmian i tkwienie w przeszłości) i w swoich wnioskach pozbawione szerszej wizji rozwoju społecznego i cywilizacyjnego
• Bez szerszej analizy skutków zaniechania działań (tu raport McKinsey jednak bardziej niz "Raport 2030" odradza nadmierne zwlekanie) stwierdzają że polityka klimatyczna UE to dla Polski (gospodarki i obywateli) koszt nie do udźwignięcia
• Przygotowywane są za pieniądze (pod dyktando?) koncernów energetycznych pod patronatem i we współpracy z Ministerstwem Gospodarki, bez konsultacji np. sektorem OZE
• "Udowadniają" tezę, że odnawialne źródła energii to najdroższa opcja redukcji emisji CO2 do 2030r.
• Są natychmiast wykorzystane medialnie do wsparcia bieżącej polityki wewnętrznej i zewnętrznej; dodam, że polityki wewnętrznej prowadzonej pod wpływem "słupków wzrostu poparcia obywateli" i chęci zadowolenia wielkiego przemysłu, ubiegającego się o ochronę (przed UE) ale i wsparcie (za środki UE). Polityka zewnętrzna jest z kolei prowadzona pod kątem wyrwania z UE/ONZ jak najwięcej, a dania jak najmniej.
Ktoś powie, że przynajmniej ten ostatni zarzut to nie „zarzut” tylko pochwała racjonalności działania rządu i jego przebiegłości. Moim zdaniem jest to rodzaj cynizmu, mieszania ludziom i firmom w głowach i wyraz krótkowzroczności wspartej brakiem wiedzy oraz braku chęci uczenia się. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że pierwszy szerszy raport o możliwościach i kosztach redukcji CO2 pojawia się prawie 3 lata po politycznym przyjęciu przez Prezydenta Kaczyńskiego pakietu klimatycznego UE 3 x 20% (8 marca ‘2007), a nie np. rok przed tym faktem (aby decyzja polityczna podjęta była świadomie, na podstawie szerszej analizy)? Jak wytłumaczyć, że znowu (powstający za wiedzą i pełną akceptacją rządu) nie jest to raport zamówiony i opłacony przez rząd RP, lecz przez koncerny energetyczne mające bezpośredni interes w utrwalaniu status quo.
Zastanawia brak spójności i stopniowa utrata wiarygodności działania rządu na forum międzynarodowym, a w szczególności w negocjacjach wewnątrz UE. Najpierw rząd nie zgadza się (jest w zdecydowanej mniejszości) na podwyższenie w Kopenhadze celu redukcji emisji do 2020 roku z 20 do 30%. Potem deklaruje pomoc do 2020 w ramach UE dla krajów rozwijających się w walce ze zmianami klimatu na poziomie … 40 – 60 milionów Euro. Biorąc pod uwagę to, co emitujemy, 1 mld Euro byłoby kwotą trudną do przyjęcia, ale sprawiedliwą. Samej pomocy z Unii Europejskiej w okresie 2007-2014 dostajemy 64 mld euro, do tego jeszcze kilkanaście miliardów euro wcześniej. Daklarowana pomoc stanowi tylko ok. 10% (!) tego co Polska ma zarobić na sprzedaży nadwyżek jednostek redukcji emisji CO2 do 2012 roku w ramach Protokołu z Kioto. To wręcz hipokryzja, gdy zaraz potem Premier Tusk (pod presją krytyki krajowych i zagranicznych organizacji społecznych) mówi, że Polska jest gotowa uczestniczyć w projekcie redukcji emisji CO2 o 30 proc., ale - jak zastrzegł - strona polska będzie ten projekt dostosowywać do realnych możliwości naszego kraju. Pomijając dużą amplitudę i częstotliwość zmian poglądów i brak wiarygodności w tych stwierdzeniach i deklaracjach, każdy zauważy, że taki emitent zanieczyszczeń jak Polska ma znacznie większe i tańsze możliwości redukcji emisji niż każdy inny "czysty" kraj w UE i że inne kraje płacą i płacić mają znacząco więcej. Nie można być wiecznie "za a nawet przeciw", wysyłać sprzeczne sygnały, dezorientować otoczenie, bo w pewnym zakresie państwa są jak ludzie i przestają poważnie traktować takich niewiarygodnych partnerów.
Jak to wszystko zwane "negocjacjami" (szpagaty polityczne, kluczenie, zamazywania prawdy) i "sukcesami" wpływa na obywateli, a w szczególności na ich postawy? Wiedząc o realności globalnego ocieplenia każdy normalny rząd powinien przygotowywać obywateli do akceptacji polityki klimatycznej i szukania w niej szansy, a nie do samobójczego zniechęcania do jej prowadzenia i udawania, że problemu nie będzie, jak nie my tylko ktoś inny (???) zapłaci i jak np. będziemy ograniczać rozwój "kosztownych" coraz tańszych OZE (kosztem coraz droższych technologii schyłkowych). Przysłowiowe „udawanie Kalego”, jest o tyle zastanawiające, że społeczeństwo wykazuje w badaniach dużą dozę zrozumienia dla aktywnej polityki klimatycznej i właśnie dla OZE. Podejście rządu w tym zakresie odbiega od zwykłych zasad racjonalnego działania, bo nawet jeżeli koncerny energetyczne będą wspierały komitety wyborcze, to jednak o wynikach wyborów zdecydują wyborcy, nawet jak będą dalej ogłupiani. Przecież widać jak na dłoni, że w dobie światowej polityki klimatycznej i opłat za emisję, forsowanie przez rząd budowy 16 GW mocy węglowych i jednoczesne mówienie, że OZE są drogie, wyglada na cynizm obliczony na kilkaset tysięcy głosów ze Śląska, faktycznie kosztem Śląska i całego kraju. To wręcz obraża obywateli.
Wiem, że przejście na nowy sposób myślenia nie jest proste. Bez uczciwego wyjaśnienia problemu i odwołania się do obywateli nie jest możliwy do jednoznacznego rozstrzygnięcia dylemat, na ile mamy korzystać z życia dzisiaj kosztem już najbliższego jutra (tu nawet nie chodzi już o nasze dzieci, ale o nas samych). Na świecie ekonomiści patrzą na ten problem już od dawna znacznie szerzej niż w Polsce i w ocenie kosztów walki z globalnym ociepleniem używają znacznie niższych stop dyskonta (odzwierciedlającej, jak bardzo zamierzamy żyć kosztem naszych dzieci) niż my. Autorzy „Raportu 2030” użyli stopy 10%, McKinsey użył stopy 4-8% (stąd pewnie nieco „mniejsze” koszty). Jednak ekonomiści formatu prof. Nicholasa Stern, tzw. "utylitarianie" używają do celów analiz klimatycznych stopy dyskonta równej 1,4 % (nie tak dawno omawiany byl na odnawialnym bardzo ciekawy artykuł na ten temat Johna Brooma w "Science").
Wiem też, że rozłożenie pomiędzy kraje kosztów walki ze zmianami klimatu to problem nie tylko światowy czy europejski, ale też problem polityki wewnętrznej. Ale takiej jak dotychczas polityki Polska nie może kontynuować i myśleć, że dalej corocznie, jako ludzkość możemy pompować w atmosferę kilkadziesiąt miliardów ton zanieczyszczeń i uważać, że nikt tego nie zauważy i że to wszystko będzie za darmo (albo że ktoś inny zapłaci?), że natura nie upomni się o swoje. W obecnych uwarunkowaniach nie możemy gloryfikować bieżącego wzrostu PKB jako jedynego kryterium oceny polityki i cieszyć się, że Polska w 2008 r jest liderem w UE, bo pewnie szybko zapłacimy za to właśnie spadkiem PKB w kolejnych latach. Tylko do końca XX wieku warunkiem wzrostu gospodarczego było nieograniczone wręcz korzystanie przez niewielką grupę mieszkańców Ziemi z jej naturalnych zasobów i możliwości utylizacji (upychania) odpadów. Jak piszą Laggewie i Welzer w najnowszej książce "Koniec świata jaki znaliśmy" (omówionej np., przez Piotra Brusa na łamach Gazety Wyborczej:
(...)"Zmiana klimatu i wyczerpywanie się modelu gospodarczego opartego na >religii wzrostu< to nie problem ekonomiczny, lecz kulturowy” ... Ludziom trzeba mówić prawdę i pozyskiwać ich dla prawdy, zrozumieją tak, jak obecnego prezydenta Obamę w dużym stopniu zrozumieli wcześniej konserwatywni z natury i nie skłonni do poświęceń Amerykanie. Tylko dojrzali i świadomi obywatele są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.
Chylę czoła przed np. krajowymi organizacjami ekologicznymi, że potrafią patrzeć szeroko i że w zdecydowanej większości są społecznie odpowiedzialne i wiarygodne w tym co robią. Pewnie sektor OZE sporo się od nich może jeszcze nauczyć i być bardziej wiarygodnym i odpowiedzialnym w dążeniach (np. "zielony certyfikat" to nie tylko określona kwota przychodu) bo zależy jednak jeszcze silnie od polityków, a w konsekwencji od wyborców i obywateli. Ale rząd i elity polityczne mają na tym polu najwięcej do zrobienia. Zacząć trzeba od mówienia prawdy i to takiej samej "prawdy" na forum międzynarodowym i w kraju. Problem jest tak poważny, że uznaję za w pełni uzasadnione głosy ekologicznych organizacji pozarządowych mówiących o konieczności powołania silnego Ministerstwa ds. Energii i Klimatu (przykłady w poprzednim wpisie), tym bardziej, że teraz, po rezygnacji Ministra Macieja Nowickiego (to z kolei temat na inny wpis) polityka klimatyczna będzie jeszcze bardziej podporządkowana bieżącej polityce, a różne raporty i tumult medialny w tym obszarze będą coraz bardziej robione na bieżące zamówienie polityczne.
sobota, grudzień 12, 2009
Wiarygodność polityki energetycznej i klimatycznej w Polsce sięga dna
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, listopad 30, 2009
Ministerstwa UE ds. klimatu i energii w zielonych rękach
Juz na mocy Traktatu Lizbońskiego Manuel Barroso zaproponował 26 komisarzy, tak aby razem ze swoją osobą - szefa Komisji Europejskiej - obdzielić stanowiskami każdego z 27 obecnych państw członkowskich Unii. Taka “bezpośrednia", wręcz ateńska demokracja prowadzi wprost do tworzenia nowych “ministerstw" UE. Chyba warto na "odnawialnym" się temu przyjrzeć, zwlaszcza z perspektywy otoczenia instytycjonalego i międzynarodowego dla OZE.
Łatwo zauważyć, ze w UE nowym Dyrektoriatem Generalnym (tzw. DG) stało się “ministerstwo ds. klimatu”, a na funkcję nowego komisarza ds. polityki klimatycznej zaproponowana została Pani Connie Hedegaard z Danii. Była kilkukrotnie w Polsce (m.in. wykazywala duzy sceptycyzm wobec naszego podejsia do promocji biopaliw), przejąć ma od Ministra Nowickiego przewodniczenie COP-15 w dniu jego otwarcia - 7 grudnia. Potem w styczniu, jak zakończa się przesłuchania w PE i KE formalnie zostanie powołana, ustąpić ma ze stanowiska ministra klimatu i energii Królestwa Danii, które obecnie pełni. Wyraźnie jest to mowa ni tyle o "ochronie klimatu" tylko i "polityce klimatycznej UE", co oddaje ambicje UE w zakresie aktwnego wplywania na politykę panstw czlonkowskich i na politykę swiatową w tym zakresie. Nie wiadomo jak to zadziala w sytuacji gdy UE nie ma wspolnej polityki energetycznej.
Warto podkreślić że na poziomie krajowym ministerstwo ds. klimatu i energii, poza Danią, istnieje od niedawna także np. w Wielkiej Brytanii. Choć nie są to najsilniejsze ministerstwa, jest to jednak jakiś znak naszych czasów. Ministerstwa ds. środowiska stają się nazbyt lokalne, nazbyt „ochroniarskie” aby poradzić sobie z problemami klimatycznymi, a znajdujące się w tej roli ministerstwa gospodarcze zajmujące się sprawami klimatu przypominają wilka pilnującego owieczki …
W Polsce, pomimo przewodnictwa przez ministra środowiska COP-14 oraz pomimo pakietu klimatycznego UE wymagającego patrzenia na środowisko z szerzej perspektywy, ministerstwo środowiska nie wybiło się na silniejszą pozycję na szczeblu rządu. Docierają głosy aby powołać do tych właśnie spraw „pełnomocnika”, czy „agencję ds. wdrazania polityki klimatycznej”, na razie skończyło się na „społecznej radzie” ds redukcji emisji. Znaczne bliżej jesteśmy powołania ministerstwa ds. energetyki jądrowej. To też znak czasu ale minionego, gdy takie ministerstwa funkcjonowały obok np. ministerstw górnictwa.
W związku z liczebnością UE, nastąpi też oddzielenie w DG TREN „transportu” od „energii”, która przypadnie Niemcom w nowej KE. To całkowita nowość. Dotychczas sprawy energii i np. środowiska przypadały w udziale słabszym członkom a takie kraje jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, a nawet Włochy czy ostatnio Hiszpania szukały bardziej kluczowych obszarów. Tym razem Angela Merkel na to stanowisko zarekomendowała swojego kolegę partyjnego, prawnika Guenthera Ettingera – dotychczasowego premiera Badenii-Wirtembergii. Nie wiadomo czy bardziej z powodów rury gazowej (i importu gazu) czy bardziej z powodu chęci wsparcia zielonej energii i innowacji (ich eksportu?). Zdecydowanie jednak nie po to aby wspierać energetykę jądrową i nawet czysty węgiel, choc wlasnie jądrówki i węgla mają w pewnym nadmiarze (tu sarkatycznie: tylko Polska wspiera to czego ma za dużo, a nie co jest obecnie deficytowe...).
Z tego podziału stanowisk wynika ze Dania, z którą dzielimy prezydencję UE w 2011 r. oraz Niemcy wydają się być najważniejszymi partnerami Polski w realizacji polityki klimatycznej i energetycznej. Truizmem jest pisać ze OZE będą niezwykle ważnym elementem tej polityki, ale to właśnie w trójkącie DE-DK-PL razem ze Szwecją (obecna prezydencja UE) tkwią klucze do np. rozwoju morskich farm wiatrowych na Bałtyku czy infrastruktury elektroenergetycznej w regionie. Dobrze abyśmy właśnie w takie tematy wchodzili i korzystali z przetasowań w KE, a nie stali dalej na czele narzekających na politykę klimatyczna UE, niewiele proponujących i wiecznie marudzących nowych krajów członkowskich UE. To trochę przygnębiające i z góry skazane na przegraną przywództwo i droga do dalszego zasklepiania się w anachronicznym myśleniu.
Samo stanowisko komisarza ds. budżetu UE, które ma przypaść Januszowi Lewandowskiemu, wcale nam nie pomoże w „nowym mysleniu”. Dotychczasowa polska komisarz DG REGIO Danuta Huebner „popchnęła” choć trochę w kierunku nowego myślenia nasze regiony, tego nam- ciągle jeszcze nazbyt centralnie zarzadzanym krajom postsowieckim - było trzeba. Choć formalnie niepolityczne, stanowisko Lewandowskiego będzie przez nas oczywiscie instrumentalizowane, ale raczej bedzie nas ciągnęło w kierunku wyrwania paru euro "pod publiczkę" na cele jakie do tej pory potrafiliśmy realizować, a nie na takie jakie stają się wyzwaniem jutra.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
Linki do tego posta
środa, listopad 11, 2009
PEP’2030: OZE tracą - ATOM zyskuje
Rząd przyjął „Politykę energetyczną Polski do 2030 r.” (PEP’2030) z najnowszymi październikowymi korektami w dokumencie.
Korekty "Last minute" dotyczyły głównie zwiększenia roli energetyki jądrowej i zmniejszenia roli OZE (za wyjątkiem dużych elektrowni wodnych stanowiących własność Skarbu Państwa, czyli niejako kosztem innych, niezależnych inwestorów i operatorów). Najwięcej „dobrych” wieści przybyło dla tych co chcą ją (latami zapewne) rozwijać.
W zasadniczym dokumencie i jego załączniku nr 2 dotyczący bilansów paliw i energii oraz prognozy do 2030 większych zmian nie ma, poza tym że PEP2030 utrzymuje że, wymagany Pakietem klimatycznym i dyrektywą 2009/28/WE, 15% udział OZE w zużyciu energii finalnej w Polsce na 2020 r., pozostaje w mocy także na .... 2030 r. Wcześniej była mowa choćby o 20% w 2030r. (taki jest oficjalny wskaźnik monitorowania wdrożenia dokumentu), co bylo i tak, w obliczu rozwoju OZE na swiecie i w UE, stosunkowo nikczemną propozycją. Zakladajac że rozwoju OZE nie będzie, rząd zamraża te źródła upychając w ich miejsce kolanem (przepraszam za mało wykwintne słownictwo) do bilansu energetycznego energetykę jądrową i konserwuje rolę węgla.
„Dobre wieści” dotyczące energetyki jądrowej pojawiają się szczególnie w „Programie działań wykonawczych na lata 2009-2012”, czyli w załączniku nr 3 do dokumentu zasadniczego.
Zacznę od złych wieści dla OZE, np. wycofanie się - znowu napisze nieelegancko-„chyłkiem” z wcześniej zaproponowanej i uzgodnionej ze srodowiskiem OZE propozycji ulg podatkowych dla obywateli, indywidualnych inwestorów na wsparcie zielonego ciepła. W sytuacji obowiązyania kosztownego pakietu klimatycznego,gdy teraz trzeba z dużą dbałością o rozwój zrównoważony, skutecznosć podejmowanych dzialań i niskie koszty po stronie obywateli wdrażać dyrektywę 2009/28/WE oraz gdy promocja "zielonego ciepła - jako ważny element dyrektywy i krajowego zobowiązania - jest tania, takie posunięcia nazwę delikatnie jako nieprzemyślane, niemądre, nieracjonalne, podyktowane doraźnymi emocjami politycznymi a nie solidną kalkulacją.
Brniemy w to co bezrefleksyjnie i bez przygotwania wynegocjowalismy na "malym szczycie UE" w Gdańsku 5 grudnia ub.r., w przededniu szczytu bruskelskiego 11-12 grudnia, ktory zatwierdzil pakiet klimatyczny. Parcie na doraźne, medialnie doniosle, rzekome sukcesy (por. "odnawialny" z 18 gudnia ub.r.)w negocjacjach z UE, prowadzą do tego że negocjajce nie są elementem strategicznego myslenia i dlugiego konswekwentnie realizowanego procesu, ale wazny proces staje sie elementem i skutkiem dosć przypadkowych negocjacji.
Zatrważa wręcz dysproporcja pomiędzy podejściem do energetyki jądrowej i odnawialnej w tym, oficjalnym już dokumencie, pod którym podpisał się cały rząd!
W programie działań wykonawczych, w tzw. Priorytecie III dotyczącym Atomu, doliczyłem się wpisanych w sposób konkretny sposób ponad 350 mln zł zarezerwowanych środków budżetowych i parabudżetowych do 2012 r. (i już wydawanych) na szeroko rozumiane "miękkie" li tylko dzialania na rzecz przygotowanie programu rozwoju energetyki jądrowej i cała litania innych, nieskwantyfikowanych życzeń pod adresem instytucji publicznych i funduszy publicznych. Nie ma tam nawet wskazania na środki publiczne regionów (1-2), które już teraz są wydawane na wsparcie programu atomowego z nadzieją na lokalne zyski kosztem kraju i innych regionów. Sądzę, że to dobrze, że jak ktoś proponuje program to rezerwuje środki. Ale dlaczego rezerwuje się środki na kolejne etapy programu zanim powstało studium wykonalności zasadnosci tego przedsięwzięcia i bez choćby, pomijając szersze analizy środowiskowo –społeczno-gospodarcze, zgrubnej oceny wpływu na budżet państwa, ceny energii oraz realność ekonomiczną tego stricte politycznego pomysłu?
W priorytecie IV, dotyczącym OZE jest zero (ZERO) środków na przygotowanie i wdrożenie, wymaganego bezwzględnie dyrektywą 2009/28/WE, bardzo trudnego w dobrym opracowaniu i szczegółowego programu (tzw. "action plan") rozwoju OZE do 2020 r. Dodam, że w tym roku Ministerstwo Gospodarki przeznaczyło na ten cel max do 200 tys. zł, podczas gdy tylko na wstępny projekt programu atomowego 1,5 mln zł. Czy nikt na szczeblu rządowym nie widzi w tym dysproporcji, w szczególności biorąc pod uwagę że w 2020 r. OZE mają dostarczyć (nawet powolujac sie na ten sam, niekorzystny dla OZE dokument) 3 razy więcej energii elektrycznej niż nierealna w tym czasie (ale wpisana do PEP'2030 jako produkująca energię) elektrownia jądrowa, a w przeliczeniu na energię pierwotną prawie 6 razy więcej! Tyle samo energii co pierwsza elektrownia jądrowa, ale po nizszym koszcie i szybciej, moglyby dostarczyć pierwsze 2-3 morskie farmy wiatrowe na Baltyku, ktore tez wymagaja programu "od zera", bo takiej technologii w Polsce tez nie bylo, ale na ten cel nie ma w PEP'2030 zarezerowanej ani zlotowki na choćby pierwsze studium...
Czy nie może też razić dysproporcja w braku państwowej agencji OZE, a tworzeniu wpierw Państwowej Agencji Atomistyki? Jak można wytłumaczyć plan stworzenia w przyszłym już roku w ministerstwie gospodarki 45 pełnych etatów w Departamencie Energetyki Jądrowej, podczas gdy w Departamencie Energetyki jest zaledwie kilka etatów zgromadzonych w malutkim wręcz zespole (nawet nie wydziale) odnawialnych źródeł energii. Pisałem już o tym w czerwcu na „odnawialnym” i o innych rysujących się wtedy dysproporcjach czy wręcz anachronizmach, ale nigdy nie sądziłem że skala dysproporcji dojdzie wręcz do absurdu.
Niestety, obawiam się, że apetyt na środki publiczne będzie rósł, w miarę jedzenia. Dziwnie się czuję to pisząc (jakbym wzywal "obce wojska" :), ale sądzę że nieuzasadnionych wystarczająco kosztów dla podatników, a przynajmniej ograniczenia skali dalszego narastania anachronicznych i kosztownych „dysproporcji”(wiem że to nazbyt eufeministycznie, za slabo, nazwalem) w trącących socjalizmem planach inwestycyjnych realizacji krajowej polityki energetycznej, może dokonać tylko Komisja Europejska, bo na szczęście obecnie w UE pomoc państwa dla elektrowni atomowych jest niedopuszczalna.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
Linki do tego posta
sobota, październik 10, 2009
Subsydia antyekologiczne do energetyki mimo kryzysu i spadku zapotrzebowania na energię
PSE Operator, na podatnie informacji z 3 kwartałów, podało informacje, że zużycie energii elektrycznej w 2009 r. będzie niższe o ok. 5% w stosunku do roku 2008 (w 2008 r. bylo o 3% nizsze niz w 2007 r.). Oficjalne (PEP’2030) i najnowsze (już z uwzględnieniem skutków kryzysu) prognozy zapotrzebowania na energię mówiłą ambitnie o rocznym wzroście zapotrzebowania na energię elektryczną rzędu 3-4%. PEP’2025 zakładał wręcz szalańczy 6-8% wzrost rocznie do '2025). Kryzys się nie skończył i następują trwalsze procesy adaptacyjne, czyli potrzebne są korekty w dół.
Nie widzą (nie uznają) tego elektrownie. Zgłosiły do ministerstwa gospodarki plany budowy 50 bloków o mocy ponad 32 MW (ministerstwo uznało że „tylko” połowa z tych propozycji jest „potrzebna i realna”). Nie ma znaczenia że chodzi tu o darmowe uprawnienia do emisji CO2, bo rząd i duże firmy, głównie zresztą państwowe, powinny być zawsze poważnymi w tym co mówią. Lista 24 projektów o łącznej mocy prawie 17 GW „zaakceptowanych” przez ministerstwo gospodarki ma się ubiegać o darmowe uprawnienia po 2013 roku. Czy ktoś w to wierzy czy wszyscy udają?
Ale pod tak wątłe założenia wydają się układać swoje biznes plany kolalnie węgla. Minister Łobodzińska twierdzi, za PAP i WNP, że z przeprowadzonych analiz wynika, że dla zapewnienia długoletniej (do 2015 roku -) perspektywy stabilnych dostaw węgla potrzebne są nakłady inwestycyjne rzędu 19 mld zł !!!
W ślad za tym informuje, że zostanie powołana komisja konkursowa, która będzie rekomendować ministrowi gospodarki projekty spółek węglowych do dofinansowania. Chodzi o przyznawanie dotacji z przyszłorocznego budżetu państwa na inwestycje początkowe w górnictwie. Przyjęty przez rząd projekt budżetu na 2010 r. zakłada 400 mln zł na ten cel. Dodała, że z tego na inwestycje początkowe w 20 kopalniach spółki zgłosiły potrzebne nakłady o łącznej wielkości 6,6 mld zł. Podkreśliła, że realizacja inwestycji przez spółki w warunkach kryzysu i konieczności oszczędzania jest "gigantycznym wysiłkiem".
Tu się zgadzam – gigantycznym jak najbardziej, ale czy aby potrzebnym wysiłkiem i czy aby wspomiana dotacja to dobra i uzasadniona inwestycja?
Śmiem wątpić. Zgadzam się z komentarzem pod ww. informacja na WNP: „Stocznie - przemysł Narodowy trzeba dopłacać. Górnictwo - skarb narodowy – dotować Rolnictwo - polskość -dotować. Czy na te molochy ma pracować mały biznes i prywatni przedsiębiorcy. Chcemy większe płace i emerytury ale nie oszczędzamy tylko rozdajemy podpierając się ideologią”.
Trudno ww. plany nazwać jedynie chęcią ew. odtworzenia niebędnego majątku. Wygląda to na kolejny plan epoki Edwarda Gierka, ale jest o tyle mniej rozumny, ze teraz w kryzysie nikt kredytów na ladne oczy nie daje.
Przeżyliśmy dramatyczną dyskusję o projekcie budżetu państwa na 2010 r. z deficytem sięgającym ponad 52 mld zł (ok. 3,8% PKB) i sumarycznym długiem publicznym sięgającym 50% PKB. Dodatkowo w projekcie budżetu pojawiły się propozycje cięć, w tym np. resorty zdrowia i szkolnictwa wyższego musiały obniżyć swoje budżety każdy o ok. 300 mln zł.
Śledziłem kiedyś beztroskie rozdawnictwo grosza publicznego na energetykę węglową. Szczytem szczytów było przeznaczenie na ten sektor ok. 20 mld zł (bez KDT) w 2003 r.,zaraz przed wejściem Polski do UE, w której nad niedozwoloną pomocą publiczną czuwa Komisja Europejska -KE. Pamiętam, że w 2008 r. rząd RP uzyskał zgodę KE na 350 mln Euro pomocy dla kopalni do 2010 r. , głównie z powodu wypłat na zwolnienia grupowe i poprawę warunków i bezpieczeństwa pracy, absolutnie nie na budowę nowych zdolności produkcyjnych. Nie wiem w jaki sposób ministerstwo chce uzyskać w tej sprawie notyfikację tej pomocy w KE. A może to jakaś nowa dodatkowa inicjatywa i calkiem nowy strumyk grosza aby jeszcze bardziej pomóc w trudnych czasach kopalniom, kolegom dyrektorom i działaczom związkowym?
Bardzo trudno przychodzi mi zgodzić się na wyrywanie grosza przez silnych politycznie tylko po to aby ten grosz zmarnować i obciążyć kosztami slabszych. Niedawno w zespole próbowałem zbilansować roczne dotacje dla sektora energetyki słonecznej termicznej w Polsce (ponad dziesięć tysięcy inwestorów, dziesiątki tysięcy bezpośrednich beneficjentów pomocy, parę tysięcy miejsc pracy, realizacja pakietu klimatycznego UE i zobowiązań dot. OZE). Doliczyliśmy się z trudem ... 24 mln zł za 2008 r.
IEA wyliczyła światowe dotacje dla wielkiej energetyki na ponad 300 mld USD rocznie (pewnie to tylko wierzchołek góry, bo większość dotacji jest ukryta w dokumentach księgowych państwowych firm).
Co będzie się działo z subsydiami do energetyki jak zaczniemy (de facto rząd) budować elektrownie jądrowej? Koszty są olbrzymie i bez dotacji się nigdy nie zwrócą. Zdaniem prof. Władysława Mleczarskiego (kolejny wywiad dla portalu ChrońmyKlimat.pl) realne nakłady inwestycyjne w „jądrówce” to 4,5 mln Euro/MW, a koszty energii z elektrowni jądrowych to ok. 520 zł/MWh, przy kredycie komercyjnym i 20-letnim okresie spłaty kredytu .
Mycle Schneider, analityk polityki energetycznej w wypowiedzi dla IPS mówi, że we Francji przemysł energetyki jądrowej będacy w 85% w rekach państwa w zasadzie „praktycznie dostaje tyle ile chce”. Rząd Kanady nie waha się rozmawiać o budowie elektrowni jądrowej 1,2 GW przy kosztach …. 10 mln USD/MW. W USA w 2007 r tylko na lobbing parojądrowy 14 firm wydało 48 mln USD aby pozyskać rządowe gwarancje bankowe (nikt inny nie chce gwarantować tych środków). Jeden z amerykańskich NGO wylicza że na lobbing prawny przez ostanie 10 lat firmy energetyki jądrowej wydały prawie okrągly miliard USD…
Czy KE upilnuje naszych „dobroczyńców” którzy będą chcieli uszczęśliwić garstkę beneficjantów kosztem słabiej zorganizowanych grup, czyli podatników i konsumentów energii? Czy upilnuje też przed bezsensownym subsydiowaniem biopaliw, nie przynoszącym korzyści klimatycznych a tylko koszty konsumentom żywności?
Wierzę w potrzebę polityki prorozwojowej i uznaję konieczność ochrony słabszych, ale zastanawiam się czy procedury przyznawania subsydiów państwowym firmom są prawidłowe i czy wynikają one z jakiekolwiek sensownej i wariantowej kalkulacji kosztów i korzyści społecznych. Czy też są zwykłym, bezsensownym rozdawnictwem, które nie tylko że nic pozywanego nie przyniesie, ale spowoduje dodatkowe koszty, np. związane z osiągnięciem celów na 2020 takich jak redukcja emisji CO2 czy OZE?
PS. umklo mojej uwadze uzgodnione stanowisko G20 z 25 wrzesnia w sprawie ostatecznego odejscia w "sredniej perektywie" od subsydiowania paliw kopalnych i wlasnie energii elektrycznej. Na informajce z ciekawym linkiem do debaty na ten temat w USA trafilem dopiero teraz na blogu Kocham Czytac .
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
Linki do tego posta
sobota, październik 03, 2009
Długodystansowe myślenie o energii, kryzysie i naukach jakie z niego wyciągamy oraz o trzech profesorach po zielonej stronie mocy
Dlugo nie blogowałem, ale poddałem swój organizm ponad 4 godzinnemu wysiłkowi w czasie 31-go Maratonu Warszawskiego i musiałem troche odsapnąc :). W wywiadzie tancerza i choreografa Mikolaja Mikołajczyka dla Gazety Wyborczej znalazlem usprawidliwienie ex post dla mojego szalanstwa: "ćwiczenie fizyczne siebie samego powoduje, że robisz sobie porządek w głowie. Skoro wymagam od siebie fizycznej męczarni, to jestem w stanie więcej z siebie dać przy kontaktach z drugim człowiekiem". Zobaczę czy to się potwierdzi :)
To ciekawe doświadczenie także z punktu widzenia obserwatora systemów energetycznych. Poza tym, że w tym czasie można sobie porozmyślać nad kryzysem energetycznych i go praktycznie doświadczyć (zwłaszcza w drugiej fazie maratonu) to można też doszukać się wielu szerszych analogii z czasami w których żyjemy.
Zacznę od tego, że za pokonanie dystansu 42 km dostałem medal na którego rewersie było odwołanie do pierwszych (częściowo) wolnych wyborów sprzed 20 lat. To okazja, dla takich jak ja - wtedy właśnie zaczynałem swoją pracę zawodową, do wyrażenia wdzięczności ludziom który w latach 90-tych umijętnie wyprowadzili nas z świata realnego socjalizmu. Już nigdy po latach 90-tych nie mielimy takich polityków i takich przywódców, choć zaczynali wszak od olbrzymich rozmiarów kryzysu. Dobrze wtedy wybraliśmy. Przyznają się do tego, że może nie wszystko było idealne, żyją ze świadomością (np. ludzie rządu Tadeusza Mazowieckiego), że np. przechodzenie do nowego systemu było zbyt bolesne dla pracowników byłych PGR, ale jeżeli popatrzeć na per saldo to jest bardzo pozytywne, łącznie z uchwała Sejmu w sprawie zaniechania budowy elektrowni jądrowej i moratorium na ich budowę do 2020 r., postawieniem na liberalizację w energetyce oraz afektywność energetyczną i OZE (nie piszę o wdrożeniu tych idei po 2000 r.). Miło biec, nawet jeśli ciężko, wiedząc jak ci ludzie dawnej opozycji demokratycznej ciężko i uczciwie i konsekwentnie pracowali. Pamiętam jak nawet jeszcze po 10 latach transformacji, w 2000 r. kiedy można było już oczekiwać systemie władzy publicznej coraz większej liczby ludzi bezideowych z rozwiniętymi powiązaniami partyjnych interesów, wobec istniejącego w tym czasie zagrożenia utrącenia (przez interesy korporacyjne ale tez sklócenie w sektorze OZE) na Radzie Ministrów promowanej przez Ministerstwo Środowiska krajowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”, poprosiłem o poparcie Ministerstwo Rolnictwa i o spotkanie w ówczesnym pierwszym wiceministrem Henrykiem Wujcem. Sekretariat ministra umówił mnie na spotkanie na godzinę 21:00. Minister Wujec czekał na spotkanie z paroma urzędnikami (!) i choć widziałem nieludzkie zmęczenie w jego oczach (tak jak po maratonie) i wręcz kłopoty z koncentracją, to w rozmowie interesował się tylko długofalowym interesem kraju. Nie interesowały go zupełnie bieżące interesy partyjno-korporacyjne. To byli długodystansowcy, którzy zbudowali nam przestrzeń i warunki do rozwoju w kolejnych dekadach….
40 km bieg można porównać do czterech 10 letnich etapów naszej najnowszej historii i najbliższej przyszłości ("czterdziesci lat w 4 godziny"). „Od 1990 do 2000 r.” biegło mi się dobrze, nawet jeśli w dzień poprzedzający start (przed 1989 r.), tak jak typowy amator, nie zapatrzyłem organizmu w dużą węglowodanową kolację (podstawa sukcesu maratończyka startującego następnego dnia rano). W okresie do 2000 r. (do 10 km dystansu) popełniłem błąd – szybko biegłem i za mało dbałem o zaopatrzenie siebie samego w energię – piłem trochę, głownie wodę, nie dbałem o napoje izotoniczne i serwowane przez organizatorów maratonu .. banany. Ok. 2010 r. (po „półmaratonie”) przyszedł kryzys energetyczny. Poziom glukozy i zapasów pokarmowych spadały zapewne do poziomu którego sam nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Jednocześnie jednak – tak jak w prawdziwej gospodarce w kryzysie ekonomicznym – nie chciało mi się jeść. Zużywałem zapasy (niewielkie :) tłuszczu, być może nie doszło do kanibalizmu tkanki mięśniowej (też ubogiej :). Jestem raczej pewien, że organizm nie zaczął zużywać szarych komórek (słabą to pożywka :) i zawsze zostawiana na sam koniec). Ciężko było dobiec do 2020 r., ale po 2010 wyraźnie zwolniłem, wprowadzając w ten sposób mechanizmy samoregulujące. Dobiegłem do 2030 r. (40 km) wyraźnie odchudzony ze zbędnego balastu (widać to też było na wadze) ale jednocześnie … oczyszczony. Wydźwignąłem się z kryzysu.
Mam takie poczucie że nie jest dobrze, że nam się w obecnym kryzysie, najpierw energetycznym a potem zaraz gospodarczym, udało. Szczycimy się tym, ze prześliznęliśmy się jako jedyni w UE z dodatnim wzrostem gospodarczym, faktycznie bez przeznaczenia jakichkolwiek dodatkowych środków i instrumentów na zieloną energetykę (vide Obama, Merkel, etc.). Teraz nie mamy od czego się odbić, kryzys nas nie oczyścił i nie odchudził. Czy objawem zrozumienia sytuacji jest zgłaszanie do budowy do 2020 r. 50 nowych węglowych bloków energetycznych o mocy 32,4 GW ???. Pozaenergetyczne, polityczne przyczyny tego (na szczęście nierealnego) szaleństwa inwestycyjnego (chęci powrotu do minionej epoki i ówczesnych „wielkich budów socjalizmu”) wyjaśnia prof. Krzysztof Żmijewski. Czy objawem szerszego zrozumienia natury obecnego światowego kryzysu gospodarczego i czasu rewolucji energetycznej i jego skutków są plany budowy do 2020 r minimum 3 wielkich elektrowni jądrowych?
Prof. Władysław Mielczarski w ciekawym wywiadzie dla portalu ChronmyKlimat, bazując na logice, szerszej perspektywie patrzenia na rzeczywistość energetyczną i prostych, przejrzystych obliczeniach dochodzi do wniosku, że przypadku energii uzyskiwanej ze źródeł odnawialnych, koszt energii produkcji energii z obecnych elektrowni węglowych z uwzględnieniem uprawnień do emisji CO2 wynosi ponad 300 zł/MWh z nowych kształtuje się na poziomie 400 zł., koszt energii z elektrowni jądrowej wynosi ponad 500 zł/MWh.
Przy takich naszych reakcjach na kryzys można wątpić czy cokolwiek zrozumieliśmy. Kryzys ma zawsze znaczenie oczyszczające i ożywcze, ale jak jest za płytki niewiele zmienia. Z tego powodu po pierwszym światowym kryzysie energetycznym w 1973 roku przyszedł drugi już w 1978 r. Obawiam się, że u nas kryzys wróci, pewnie jeszcze parę razy doświadczymy huśtawki przed 2020 r. Wydaje się że Polska potrzebuje dłuższego okresu na adaptację niż inne kraje. Prawdopodobnie najpoważniejsza adaptacja do warunków „pokryzysowych” będzie polegała na wyraźnej korekcie w dół zapotrzebowania na energię. Ze wstępnych wypowiedzi Prof. Mielczarskiego badającego elastyczność cenową energii elektrycznej wynika, że dłuższe niż w innych krajach ale nieuchronne dostosowanie gospodarki do nowej sytuacji spowoduje że nie będzie uzasadnienia do budowy nowych elektorowi węglowych (nie piszę o odtworzeniowych i modernizacyjnych) i jądrowych (pewnie będzie o tym więcej w kolejnym wywiadzie dla portalu ChrońmyKlimat).
Paradoksalnie dla OZE był lepszy czas przed kryzysem, ale po pierwszym kryzysie ‘2008/2009 sektor ten będzie się rozwijał bardziej racjonalnie i jeszcze bardziej oddolnie. OZE to niekwestionowany klucz do nowej zielonej rewolucji, pokryzysowej.
Skutki kryzysu, także a może głownie pozytywne, dobrze czuje prof. Jan Popczyk, który w wykładzie inaugurującym 65 rok akademicki Politechniki Śląskiej w Gliwicach, w którym nakreślił scenariusz energetyki przyszłości. Mówił, że energetykę czeka "piąta fala innowacyjności", która zmieni kształt energetyki. >Wcześniejsze fale, budujące etapowo współczesną energetykę, przyniosły kolejno rozwój energetyki węglowej (od wynalezienia maszyny parowej), transportu opartego na ropie naftowej, elektroenergetyki systemowej (w tym atomowej) i energetyki gazowej. Ostatnia fala innowacyjności w energetyce wiązała się z informatyzacją i internetem. Jej skutkiem będzie to że za 20 lat po ulicach może jeździć kilka milionów samochodów elektrycznych, korzystających z kilku milionów terminali (głównie prywatnych) do "tankowania". W polskim krajobrazie pojawi się po wieleset tysięcy kolektorów słonecznych, pomp ciepła, ogniw fotowoltaicznych i wiatraków przydomowych. Samoloty będą "tankowane" ze stacji wodorowych. Ogniwa paliwowe będą powszechnymi technologiami<.
Nawet nie podejrzewałem, że w „pomaratonowym i kryzysowym” wpisie wymienię nazwiska trzech profesorów, którzy choć znają doskonale elektroenergetykę i szeroki kontekst energetyki jądrowej, ale nie znaleźli się w składzie właśnie powołanego Społecznego Zespołu Doradców przy Pełnomocniku Rządu ds. Energetyki Jądrowej. Widzę w Zespole tylko parę zaledwie nazwisk które ew. mogą bardziej krytycznie spojrzeć na problemy związane z „pokryzysowym” masowym planem inwestycyjnym w nowe, na pewno nie tanie i raczej pewne że zbędne (też w rozpatrywanej dłuższej perspektywie, aż 50-cio letniej) moce atomowe. Cała ta idea wydaje mi się jeszcze większym anachronizmem, niż nawet (wpis) parę miesięcy wczesniej.
Dobrze zatem, że cała trójką ww. i cytowanych „niepokornych” profesorów przeszła lub przechodzi na (jak to kiedyś powtórzył za Georgiem Lucasem … Premier Pawlak) „zieloną stronę mocy”. Przydadzą się bardzo wlasnie po tej stronie, nie tylko zielonej ale racjonalnej i obiektywnej.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
10
komentarze
Linki do tego posta
niedziela, wrzesień 20, 2009
Prof. Barbara Skarga 1919-2009; nie wszytko niestety jest odnawialne, ale...
Dwa smutne wydarzenia z końca tygodnia prowokują do zastanowienia się nad sensem naszych działań a może i więcej – nad sensem życia. To tragedia w kopalni węgla w Rudzie Śląskiej i śmierć prof. Barbary Skargi.
Nie dostrzegam żadnego sensu w śmierci górników. Nie wiem jak długo i jak głęboko trzeba będzie jeszcze fedrować. Niemcy ostatnią kopalnie zamkną w 2018 r. i to wcale nie dlatego że zabraknie węgla
Potem, na takich głębokościach jak w Rudzie Śląskiej, w takiej temperaturze, przy takim zagrożeniu metanowym, będą już tylko fedrować w Chinach, RPA i może na Ukrainie i niestety pewnie dalej w Polsce. Czy nie lepiej poczekać na technologię podziemnego zgazowania węgla czy też nie zostawić zasoby "czarnego złota" przyszłym pokoleniom, które je mądrzej i bezpieczniej wykorzystają? Jaki jest teraz sens narażania życia ludzi? Jaki jest sens cierpienia ich rodzin i bliskich?
Prof. Barbara Skarga, aby przejść do drugiego żałobnego wątku, zawsze twierdziła, pomimo przeżycia osobiscie niezwykle dramatyczych sowidczeń, że nie jest prawdą, że cierpienie uszlachetnia; mówiła „cierpienie niszczy i upokarza, (…) odziera z godności”.
Skąd prof. Skarga na „odnawialnym”? Pojawiła się 2 lata temu, wraz z początkiem blogu, kiedy wręcz zmuszany przez „platformę blogową” do ujawnienia swoich zainteresowań i ulubionych wytworów kultury, wskazałem w swoim profilu m.in. na książkę – wywiad rzekę z Panią Profesor: „Innego końca świata nie będzie”. Ta książka nie tylko dużo wnosi do zrozumienia filozofii jaką uprawiała Pani Profesor, ale przede wszystkim pokazuję piękną jej osobowość i niesamowitą jej biografię.
Wiele o jej życiu, twórczości jako filozofa (czy filozofki- jakby sama o tym zapewne powiedziała), nauczyciela akademickiego i bacznego obserwatora i komentatora naszych nie zawsze racjonalnych i nie zawsze prawnych działań można przeczytać w weekendowym wydaniu Wyborczej.
Być może dla czytelników „odnawianego” ważnym wątkiem w jej życiorysie może być to, że przed wojną studiowała na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej (jak się okazuje po takim wydziale i z matematycznym umysłem być filozofem – od metafizyki, ale też doskonałym etykiem, też nie bez znaczenia w energetyce), w czasie wojny była żołnierzem AK, potem spędziła prawie 11 lat w sowieckich gułagach. Nie narzekała. Twierdziła, że był to nawet … „interesujący okres”, ale że może trochę za długo to trwało...". Najgorzej wspomina głód, to z tego powodu zapomniała kilka z języków jakich nauczyła się przed wojną, w tym grekę i łacinę - niezwykle ważne środki poznania dla filozofa. Ale, po powrocie z łagru, poradziła sobie i bez tego, bazując na językach nowożytnych i tlumaczeniach.
Wyborcza publikuje fragment ostatniej ksiązki Pani Profesor Skargi „Tercet metafizyczny” nt. śmierci. Pisze: "(...) Umarły najczęściej zostawia po sobie trochę wspomnień u najbliższych, wspomnień zacierających się szybko, choć w człowieku na ogół tkwi pragnienie przekazania czegoś po sobie, co by miało nie tylko indywidualne, lecz także uniwersalne znaczenie, a więc mogłoby trwać nadal w tym społecznym świecie. Chciałby w ten sposób przedłużyć swoje bycie i - co ważniejsze - nadać mu sens"
I dalej: "Co będzie więc ze mną po śmierci? Na takie pytanie nie ma odpowiedzi."
W tej ostatniej książce i w rozdziale zatytułowanym „Skończoność”, niejako zaprzeczającym idei „Odnawialnego”, jest nie tylko mądrość ale i prawdziwa odwaga w podejmowaniu tematu i mądrość w jego krótkiej kwintesencji.
Profesor Geoffrry Miller z Uniwersytetu Stanu Nowy Meksyk, psycholog, autor ksiązki „Umysł w Zalotach” pisze (tłumaczenie Agnieszki Nowak): „Jestem optymistą w sprawie śmierci. Po raz pierwszy w historii życia na Ziemi wydaje się możliwe – niełatwe, ale możliwe – aby świadomie zwierzęta takie jak my, mogły mieć dobrą śmierć. Dobra śmierć to wielki trumf, do czego warto dążyć i co należy przyjąć. Powiem więcej- dobrą śmierć powinno się nagrywać i pokazywać w mediach jako moralny przykład dla nas wszystkich”. I dalej (…) mam na myśli śmierć, która pokazuje światu, że my humaniści, traktujemy świat poważnie to, co głosimy”. I jeszcze dalej, (…) „moje przekonania i pragnienia niemal takie same jak te tkwiące u podłoża świadomości 6 mld innych ludzi i niezliczonych zwierząt, których doświadczenia będą trwały, kiedy moje życie się kończy”.
Magdalena Sroda, uczennica Prof. Skargi, pisząc że jej mentorka „zamknęła wszystkie swoje sprawy”, przytacza jeden z jej ostatnich snów: Miała kiedyś sen o czekoladzie. "Śniło mi się, że umarłam, a wokół było pełno kadzi z czekoladą. Boże, pani Magdo, dlaczego akurat czekolada?! Nie znoszę czekolady. Whisky to co innego, ale czekolada?
Przypominam sobie jak prawie dwa lata temu, z okazji 88 rocznicy urodzin prof. Barbary Skargi (wtedy narodził się „odnawialny”) odbyło się wspominkowe spotkane w redakcji Gazety Wyborczej. Prof. Janusz Tazbir wspominał” :”Kiedyś razem z Basią piliśmy wino. Potem Basia nalegała, że podrzuci mnie do domu samochodem, a ja się wymawiałem. W końcu zapytała: - Janusz, skąd w tobie tyle drobnomieszczańskiego przywiązania do życia?”
Na koniec spotkania Adam Michnik złożył życzenia Pani Profesor nawiązując do słów prof. Tazbira: - Nie masz pojęcia Basiu, jak my wszyscy jesteśmy przywiązani do życia. Twojego życia”.
Nic więcej nie potrafię dodać, ale mam nadzieję że optymizm, odwaga w szukaniu prawdy i jej głoszeniu oraz poczucie humoru Pani Profesor i … jej zmiłowanie do wina „będą trwać nadal w (także w moim) świecie”.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
Linki do tego posta
piątek, wrzesień 11, 2009
Przebiec maraton (na makaronie?) i pojechać do pracy rowerem (elektrycznym ?)
…to takie małe marzenia, które mają jednak pewien związek z tematyką „odnawialnego”; bilanse energetyczne, bilanse CO2 i dylematy z cyklu biomasa na talerz czy do kotła, jak choćby w tym wpisie czy też do baku samochodu. Dylematów w sprawie szybkiego "dokarmiania" uprawami rolniczymi kotłów i baków samochodów nie ma minister Marek Sawicki, który walcząc o interesy rolników i widząc że biopaliwa zbyt wolno się przyjmują, przedstawił (cytowany już na odnawialnym) sugestywny argument: „samochody to nie konie i nie trzeba ich stopniowo przyzwyczajać do alkoholu” :).
Nie jest to tylko akademicki dylemat i nie tylko anegdotyczny, choć dzisiaj od anegdot nie będę się odżegnywał i skorzystam z okazji do zaprezentowania paru blogów.
Do rozważań na ten temat zainspirowała mnie „instrukcja maratończyka”, z jaką się zapoznałem po zrejestrowaniu jako uczestnik 31-go Maratonu Warszawskiego. Zdaniem fachowców rozwiązaniem dla maratończyków chcących jak ja przebiec 42 km 195 m są węglowodany, a szczególnie polecane są … makarony. W makaronach siła i wolno uwalniany magazyn energii. Lekarze i dietetycy twierdzą bowiem, że skrobia z makaronu oraz warzyw (jeśli są w spaghetti) ulega powolnemu trawieniu – są najprostszym źródłem energii. Z 1 g węglowodanów pozyskujemy 4 Kcal ciepła (z 1 g tłuszczy - 9 Kcal). Pozwalają na oszczędną gospodarkę białkami i tłuszczami. Organizm korzysta z niej zgodnie ze swoim potrzebami … Czyż np. makaron z mąki razowej z przemiału ziarna tak wykorzystany to nie lepsze rozwiązanie (pomijając już całkiem kluczowe w tym momencie kwestie etyczne) niż spalanie ziarna w kotle albo - po wyprodukowaniu czystego alkoholu - w baku ? Moim zdaniem zdecydowanie tak, bo w czasie biegu wyemituję ok. 0,5 kg CO2, a jest to równoważnik emisji CO2 przy produkcji 1 kg mąki, 2,5 km marchewki lub przejechanie samochodem 5 km. Oczywiście tak jak mało efektywnym energetycznie i ekologicznie jest wrzucanie żywności do kotła czy wlewanie do baku, tak samo trzeba uważać na to co jemy. Gdybym „biegał na wołowinie” to limit emisji CO2 na poziomie 0,5 kg, pozwoliłby na wyprodukowanie tylko 25 gramów wołowiny (daleko bym na takiej ilości „paliwa” nie pobiegł…), ale tu już zostawiam znacznie więcej swobody na osobiste wybory ...
Czy zatem promując bieganie chodzi mi o energię? Pewnie nie po to robię, tak jak nie głównie dla względów utylitarnych uprawia się seks, choć są tego także praktyczne konsekwencje. Z pewnością chodzi o zdrowie i w jakimś zakresie także o utrzymanie zdolności do wygodnego „transportu na bliskie i średnie odległości”. Kiedyś, choć do szkoły lub do pracy trzeba było i można było iść na pieszo lub choćby jechać rowerem (przypomina mi się taki obrazek zapamiętany z filmu epoki socjalizmu „Daleko od szosy”, gdzie choć z domu do stacji PKP trzeba było dojechać rowerem, a potem bylo już tykko trudniej), teraz w tym celu samodzielnie pokonujemy dziennie najwyżej kilkaset metrów. Czy będziemy chętniej chodzić do pracy aby poprawić kondycje fizyczną i psychiczną (relaks), mając świadomość ze jeszcze coś zaoszczędzamy? Wszak nie bez kozery najlepsi biegacze długodystansowcy pochodzą z takich krajów jak Etiopia, gdzie zwyczajnie nie ma możliwości podróżowania wszędzie gdzie się da samochodami i windami. U nas np. prof. Leszek Balcerowicz (n.b. dobry przełajowiec) konsekwentnie twierdzi, że jeżeli wchodzi niżej niż na 10 piętro nigdy nie używa windy i widać że daleko i wysoko zaszedł i się specjalnie tym nie zmęczył :).
Nic dziwnego, że ludzie szukają ruchu i dobie innego deficytowego dobra jakim są czas na przemieszczanie się zatłoczonymi ulicami i energia/paliwa do napędu czworokołowców, widzą sens aby w ten sposób praca mięśni jeszcze czemuś mogła służyć… Oczywiście moje zamierzenie się na maraton nie przełoży się jak u Kenijczyka na regularne bieganie do pracy i z pracy, bo odległości mam do pokonania takie jak w Kenii (w obie strony – trochę więcej jak maraton), a wydolność niestety, coraz słabszą :) i nawet rowerem (przy lepiej rozwiniętych ścieżkach rowerowych) pewnie niedługo nie byłbym w stanie regularnie dojeżdżać do pracy. Próbowałem wczesniej skuter, ale to w zasadzie tylko przejaw "jedynie" inkrementalnego zmniejszenia transportochłonności i poprawy kontaktu z przestrzenią. Jezeli już to lepsze efekty uzyskać można skuterem elektrycznym o którego bilansach energetycznych (też ekonomicznych) pisał na swoim blogu Pan Bogdan Szymański. A może uda się debiut rynkowy polsliego mini samochodu (skuter na 3 kolach) elektrycznego SAM Cree z Piaseczna? Jego zasięg to 100 km, czyli wystarczy na dwa dni moich podrózy za chlebem...
Ale mnie marzy się … rower elektryczny. Wtedy mógłbym pedałować bardziej wg uznania, potrzeb i aktualnych możliwości. Spodobał mi się nawet „paradoks samoregulującego wydajność dynama” zaczerpnięty z jeszcze innego blogu, którym sie przy okazji podzielę: Gdy jest bardzo ciemno a żarówka jest słaba wtedy możemy albo jechać powoli i mieć bardzo słabe światło albo jechać szybko i mieć trochę mocniejsze światło. W pierwszym przypadku prawie nic nie widzimy, a w drugim widzimy trochę więcej ale ze względu na dużą szybkość jazdy możemy nie zdążyć zareagować w niebezpieczeństwie. Dobra przypowieść, także na okoliczność sterowania innymi potrzebami konsumpcyjnymi…
Sądziłem, że w tym dążeniu do jeżdżenia rowerem ze wspomaganiem elektrycznym (wprowadzania na rynek „warszawski”:) jestem bardziej oryginalny, a nawet rewolucyjny, ale jak się dowiedziałem z innego ciekawego blogu, że po chińskich drogach jeździ 100 mln (!!!) rowerów elektrycznych (nawet jeżeli nie jest to "high-tech"), to pomyślałem sobie, że mam całkiem przyziemne potrzeby.
Zresztą takie dążenia do pewnego typu prostoty (nazwać ją można „low- tech") daje się wokół mnie zauważyć. Coraz częściej na seminariach, warsztatach, targach muszę odpowiadać na pytania dlaczego nie ma na rynku np. napędzanych siła mięśni ludzkich (pedałami) mini-generatorów elektrycznych zasilających akumulatory, które na działkach rekreacyjnych mogłyby służyć do zasilanie lodówki, telewizorów (ogólnie RTV) czy ładowania laptopów, telefonów komórkowych itp. Ludzie chcą się poruszać, potrzebują ruchu i zarówno transport jak i ruch fizyczny, zwłaszcza na świeżym powierzu stają się dobrami deficytowymi.
Jak już w zasadzie wydawalo mi sie że potwierdziłem kilka swoich tez, przeczytałem w dzisiejszej Wyborczej wywiad z pisarzem Andrzejem Stasiukiem „Idę, będąc nieco gruby”. Wywiad tak jak jego bohater – ciekawy, miejscami zabawny. Pana Andrzeja, jako fana szybkich samochodów („facet może pożądać kobiety i samochodu, a nie np. kosmetyków”), którego - jeśli już czymś się martwi naprawdę, to „schyłkiem silnika benzynowego oraz wysokoprężnego” :) - denerwują … biegający ! Mówi, że to obsesja zdrowia i chudości! „W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Poszedłem stamtąd. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa!”
I tak oto ja, "będąc nieco chudym" - biedny „Szkieletor” (bardzo mi to określenie przypadło do gustu:)- zamiast pozytywnego zakończenia swojej blognotki mam kolejne powody do moralnego niepokoju :). Może lepiej już nie kombinować, nie biegać, ugrilować karkówkę i pozostać przy samochodzie z silnikiem benzynowym?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
Linki do tego posta